Absurdalnie długie tymczasowe areszty (Gazeta Prawna - 5 lutego 2008 roku).
Polskie sądy działają zbyt automatycznie przy decydowaniu o tymczasowym aresztowaniu. Kosztuje to Skarb Państwa około 5 mln zł rocznie. Tyle właśnie pieniędzy wydawanych jest na odszkodowania dla niesłusznie przetrzymywanych w aresztach.
Wymiar sprawiedliwości często postrzegany jest jako skomplikowana machina, rządząca się niezrozumiałymi regułami. Zasada domniemania niewinności przedstawiana bywa jako sposób na obronę przestępców i odwlekanie oczywiście należnego skazania. W rzeczywistości jest ona błogosławieństwem, a nie filantropijnym zbytkiem. Polskie prawo przewiduje instytucję tymczasowego aresztowania. Można je zastosować także wobec osoby, która, na końcu sprawy, okaże się niewinna. Sąd stosuje ten rygorystyczny środek w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania. Bardzo często przesłanką jego stosowania jest obawa tzw. matactwa podejrzanego.
W jednej ze spraw okazało się, że uzasadnieniem zastosowania aresztu jest fakt, że podejrzany nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. Sądowi wydawał się przez to jeszcze bardziej podejrzany, niż to zwykle podejrzany bywa. Wywód sądu doprowadził do następującego wniosku: widać ma coś do ukrycia, skoro się nie przyznaje. W uzasadnieniu postanowienia o aresztowaniu sąd ograniczył się do zacytowania przepisów kodeksu postępowania karnego i arbitralnego stwierdzenia, że przesłanki stosowania aresztu zostały spełnione. Sąd wyższej instancji uchylił to postanowienie i nakazał ponowne rozpoznanie sprawy. Zdaniem sądu odwoławczego sąd I instancji dokonał ogólnej, niespójnej i arbitralnej argumentacji, nie wskazał dowodów uprawdopodabniających popełnienie przestępstwa, jak również zaniechał dokonania jakiejkolwiek oceny przesłanek stosowania aresztu. Opinia druzgocząca. Podejrzany znalazł się zatem na wolności. Cieszył się nią jednak krótko - zaledwie miesiąc. Rozpoznając ponownie sprawę, sąd rejonowy raz jeszcze nakazał go aresztować. Na skutek ponownego zażalenia obrony sąd wyższej instancji ostatecznie uwolnił obywatela z aresztu. Najciekawsze jest uzasadnienie ostatniego postanowienia sądu odwoławczego. Otóż sędziowie uznali, że skoro wcześniej podejrzany przebywał na wolności i nie mataczył, to znaczy, że później kombinować również nie będzie. Krótko mówiąc, podejrzany miał wielkie szczęście, gdyż między jednym a drugim aresztem mógł wykazać sądowi, że jest lojalnym podejrzanym i że na areszt wcale nie zasługuje. A że w międzyczasie spędził za kratami dwa miesiące, no cóż - przynajmniej w tym czasie wymiar sprawiedliwości nie musiał podejrzanemu wierzyć na słowo, że utrudniać dochodzenia nie będzie. Podążając tokiem rozumowania sądu odwoławczego, dochodzimy do paradoksalnego wniosku: gdyby sąd rejonowy, który za pierwszym razem zastosował areszt, rażąco nie naruszył prawa, to podejrzany uwolniony na miesiąc, nie mógłby wykazać braku zamiaru mataczenia i nadal, w majestacie prawa, przebywałby w areszcie. Sąd wyższej instancji udowodnił więc, iż nie jest ważne, czy obawa mataczenia jest uzasadniona, ale to, czy aresztowany faktycznie mataczył. Można zaryzykować pytanie, czy w polskich aresztach nie ma więcej osób, które mogłyby udowodnić, iż wcale mataczami nie są? Poza względem na prawa człowieka, trzeba pamiętać, że automatyzm w stosowaniu tymczasowego aresztowania kosztuje Polskę około 5 mln zł rocznie, które trzeba wypłacić tytułem odszkodowań niesłusznie przetrzymywanym. Przed zastosowaniem tak drastycznego środka, jakim jest tymczasowe aresztowanie, warto zatem dokładnie przemyśleć, czy rzeczywiście jest taka konieczność i czy nie wyrządza się w ten sposób komuś wielkiej krzywdy, której pieniędzmi naprawić nie sposób.